Codzienność na wsi: jak naprawdę wygląda życie poza miastem

0
22
Rate this post

Nawigacja:

Zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością: skąd biorą się mity o wsi

Sielska pocztówka kontra błoto pod butami

Życie na polskiej wsi często sprzedaje się w obrazkach: drewniany płot, zadbany ogródek, hamak między drzewami, pies śpiący na ganku, cisza i śpiew ptaków. To wycinek prawdy, ale mocno wyselekcjonowany. Za tym jednym zdjęciem kryje się szereg codziennych obowiązków: koszenie trawy, przycinanie drzew, palenie w piecu, sprzątanie po zwierzętach, naprawianie ogrodzenia, regularne porządki wokół domu. Sielskość jest zwykle efektem ciężkiej, systematycznej pracy, a nie nagrodą spadającą z nieba.

Media społecznościowe i programy o „ucieczce z miasta” pokazują najczęściej moment już „po”: urządzony dom, wypielęgnowany ogród, gospodarzy, którzy opanowali podstawy życia poza miastem. Nie pokazują pierwszych miesięcy, kiedy człowiek uczy się, że po deszczu droga do domu zamienia się w bagno, a wiosną wszystko rośnie szybciej, niż da się skosić. Kto patrzy tylko na zdjęcia, ma w głowie gotową iluzję – że życie na wsi to „miejski komfort + ładne widoki”. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana.

Po drugiej stronie są z kolei opowieści o wsi jako miejscu zacofanym, brudnym, pełnym konfliktów, gdzie „nic się nie da załatwić”. Ten obraz też bywa prawdziwy, ale tylko dla części miejscowości i tylko w pewnych obszarach. W wielu wsiach znajdzie się szybki internet, ludzie po studiach, kluby sportowe, aktywne koła gospodyń czy stowarzyszenia prowadzące projekty z funduszy unijnych. Jednocześnie w sąsiedniej wsi może nie być chodnika ani nawet sklepu. Uogólnienia po jednej wizycie u rodziny potrafią mocno zniekształcić obraz.

Skrajne narracje: raj ucieczki vs. „gorsza” Polska

Przeprowadzka z miasta na wieś bywa przedstawiana jako ucieczka do raju: bez korków, bez smogu, bez „wyścigu szczurów”. W tej wizji wieś jest przestrzenią wolności, samowystarczalności, domowego chleba i jajek od „szczęśliwych kur”. Taka narracja pomija jednak kwestie, które szybko wychodzą na jaw: konieczność posiadania sprawnego samochodu, codzienne dojazdy, własnoręczne ogarnianie awarii, zależność od pogody, więcej pracy fizycznej i mniejszą anonimowość.

Z drugiej strony przez lata utrwalano opowieść o wsi jako „gorszej” Polsce. Miasto miało być symbolem rozwoju, kultury, dostępu do wszystkiego; wieś – zapomnianym zapleczem, które ma produkować żywność i nie przeszkadzać. Taki sposób myślenia jest dla wielu mieszkańców wsi krzywdzący i zwyczajnie nieaktualny. Młodzi wiejscy przedsiębiorcy, rolnicy inwestujący w nowoczesne technologie, osoby pracujące zdalnie z drewnianego domu na końcu drogi gruntowej – to codzienność, która nie mieści się w prostym podziale „miasto rozwinięte – wieś zacofana”.

Obie skrajności – raj na ziemi i „koniec świata” – mają wspólną wadę: upraszczają złożoną rzeczywistość. Prawdziwe życie na polskiej wsi rozgrywa się między tymi biegunami. Kto szykuje się do zmiany, potrzebuje raczej konkretu: ile czasu zajmuje codzienna logistyka, jakie są koszty, jak wygląda sąsiedztwo, jakie są realne plusy i minusy danego miejsca, a nie abstrakcyjnej „wsi w ogóle”.

Nie ma jednej wsi: mozaika typów i realiów

Codzienność na wsi zależy mocno od typu miejscowości. Wieś podmiejska, oddalona o kilka kilometrów od dużego miasta, funkcjonuje zupełnie inaczej niż osada po PGR-ze kilkadziesiąt kilometrów od najbliższego powiatowego miasteczka. Do tego dochodzą wsie turystyczne nad jeziorami lub w górach, wsie „sypialnie”, gdzie większość ludzi dojeżdża do pracy, oraz wsie „rolnicze”, w których pola i gospodarstwa wyznaczają rytm życia.

We wsi podmiejskiej spotka się zwykle intensywny ruch samochodowy rano i po południu, paczkomaty, kilka sklepów, żłobek czy przedszkole, a także sporą grupę osób pracujących w mieście. W weekendy dominuje koszenie trawników, grille i spotkania ze znajomymi z miasta. W miejscowości turystycznej nocą potrafi być głośniej niż w centrum miasta, a sezon letni to intensywna praca dla właścicieli agroturystyk, gastronomii czy wypożyczalni sprzętu.

„Głęboka” wieś, daleko od głównych dróg, ma z kolei zupełnie inne problemy i atuty. Mniej samochodów, więcej ciszy, często większa spójność społeczności, ale równocześnie gorsza komunikacja, słabszy internet i praktyczny obowiązek posiadania dwóch samochodów w rodzinie. W miejscowościach po PGR-ach wciąż potrafią być widoczne skutki transformacji: bezrobocie, brak inwestycji, zaniedbana przestrzeń. Dlatego doświadczenia dwóch rodzin mieszkających „na wsi” mogą się różnić jak dzień i noc – nawet jeśli dzieli je kilkanaście kilometrów.

Pierwsze zaskoczenia „mieszczucha” na wsi

Osoba, dla której wieś była do tej pory miejscem weekendowych wizyt, szybko zauważa rzeczy, których nie widać w folderach: intensywny zapach obornika w określonych okresach roku, hałas maszyn rolniczych o świcie, bardzo ciemne noce i ograniczony dostęp do usług. Brak latarni przy drodze powoduje, że bez latarki trudno dojść z przystanku do domu. Zimą, przy opadach śniegu, wyjazd rano może zależeć od tego, czy pług zdążył przejechać.

Do tego dochodzi kwestia skali. W mieście „daleko” znaczy zazwyczaj kilka przystanków tramwajem. Na wsi „blisko” potrafi oznaczać pięć kilometrów do sklepu albo 12 kilometrów do lekarza. Zaplanowanie codzienności wymaga innego myślenia: zakupy robi się rzadziej, ale większe, wizyty u specjalistów łączy się z innymi sprawami w mieście, a benzyna staje się jednym z kluczowych wydatków. Oczekiwanie, że życie poza miastem będzie różniło się od miejskiego jedynie widokiem z okna, bardzo szybko zderza się z praktyką.

Kto tak naprawdę mieszka na wsi: starzy gospodarze, nowi osadnicy i „powracający”

Wielopokoleniowi rolnicy: ciągłość i zakorzenienie

Życie na polskiej wsi od pokoleń opiera się na rodzinach, które gospodarują na tej samej ziemi od dziesiątek lat. Dla nich wieś nie jest „projektem na kilka lat”, lecz podstawą tożsamości i sposobem życia. Ci ludzie często mają ogromną wiedzę praktyczną: o glebie, pogodzie, chorobach roślin i zwierząt, lokalnych zwyczajach, formalnościach w urzędach. Znają większość sąsiadów, pamiętają, kto z kim miał konflikt, kto sobie pomagał, a kto tylko brał.

Codzienność takich rodzin to rolnictwo „na pełny etat”: pola, zwierzęta, maszyny, kontakty z firmami skupującymi zboże czy mleko, rozliczenia dopłat. Ich dzień wygląda inaczej niż dzień pracownika biurowego – zaczyna się często o świcie i kończy późnym wieczorem, a praca zależy od pogody, nie od kalendarza. Święta i weekendy nie zwalniają z karmienia zwierząt czy dojenia krów. To zupełnie inny reżim życia niż ten, do którego przyzwyczajeni są mieszkańcy bloków.

Rolnicy – zwłaszcza starszego pokolenia – są zazwyczaj bardzo gospodarni i przyzwyczajeni do tego, że wiele rzeczy naprawia się samemu. Jednocześnie potrafią patrzeć z rezerwą na „miastowych”, którzy przeprowadzają się na wieś i narzekają na zapach obornika czy odgłosy kombajnu. Dla gospodarza to nie jest „uciążliwy hałas”, ale warunek utrzymania rodziny i spłacenia kredytu na maszyny.

Nowi mieszkańcy z miast: entuzjazm i zderzenie z praktyką

Coraz więcej osób decyduje się na przeprowadzkę z miasta na wieś z potrzeby spokoju, większej przestrzeni dla dzieci, kontaktu z naturą albo niższych kosztów nieruchomości. Część z nich to rodziny z dziećmi, które budują dom w miejscowości podmiejskiej. Inni szukają starego siedliska w „głębszej” wsi i remontują je etapami, często dalej pracując w mieście lub zdalnie.

Ich styl życia różni się od stylu życia rolników. Zamiast pracy w polu – komputery, spotkania online, wyjazdy służbowe. Ich domy bywają nowocześniej urządzone, a oczekiwania wobec otoczenia – bardziej „miejskie”: dobra szkoła, bezproblemowy internet, szybki dojazd do kina, kawiarni czy siłowni. Początkowy entuzjazm często miesza się z frustracją, gdy okazuje się, że na wymianę słupa z linią energetyczną trzeba czekać miesiącami, a zimą autobus szkolny nie zawsze dociera na czas, bo droga jest nieodśnieżona.

Spora część nowych mieszkańców stopniowo uczy się jednak wiejskich realiów: kupuje terenowe auto zamiast miejskiego hatchbacka, inwestuje w agregat prądotwórczy, zakłada większy zapas żywności i opału, zaprzyjaźnia się z lokalnym mechanikiem i weterynarzem. Z czasem pojawia się inny rytm życia, ale też inne priorytety: ważniejsze stają się relacje z sąsiadami, bezpieczeństwo dzieci biegających po podwórku, możliwość wypicia kawy na ganku o świcie zamiast kolejnej galerii handlowej.

„Powracający”: między dawną wsią a nowoczesnością

Trzecią grupą są osoby, które wychowały się na wsi, ale wyjechały do miasta na studia i do pracy, a po latach wracają – czasem z partnerem lub partnerką z miasta. Dla nich przeprowadzka nie jest skokiem w nieznane, tylko raczej konfrontacją dziecięcych wspomnień z aktualnym stanem. Pamiętają, jak wyglądały żniwa dwadzieścia lat temu, wiedzą, kto z sąsiadów był „z kim pokłócony”, rozumieją lokalną mowę i obyczaje. Jednocześnie przywożą miejskie doświadczenia i inne standardy – na przykład dotyczące remontów, wychowania dzieci czy stylu spędzania czasu wolnego.

Dla wielu osób takim trzeźwiącym momentem jest pierwsza jesień i zima na wsi: błoto, szybkie zachody słońca, śliska droga, regularne palenie w piecu, większe zużycie opału, wilgoć. Dopiero wtedy ktoś zaczyna rozumieć, że codzienność poza miastem to nie tylko marzenia o ogrodzie, ale też rachunki za ogrzewanie, dłuższe dojazdy i konkretne obowiązki związane z utrzymaniem domu i otoczenia. Dlatego tak ważne bywa poznanie realiów konkretnej miejscowości – choćby przez obserwowanie lokalnych relacji w internecie czy czytanie takich miejsc, jak Blog Życie na Wsi, gdzie mieszkańcy opisują swoje doświadczenia bez zbędnego filtrowania.

„Powracający” często pełnią rolę pomostu między starymi gospodarzami a nowymi „słoikami”. Potrafią wytłumaczyć mieszkańcom miasta, dlaczego w czasie oprysków nie powinno się wywieszać prania, a rolnikom – że nowi sąsiedzi naprawdę nie muszą znać wszystkich lokalnych kodów. Listonosz czy pracownik urzędu gminy traktuje ich inaczej niż całkowicie nowych mieszkańców, bo „są stąd”. To ułatwia wiele spraw, ale potrafi też rodzić napięcia, jeśli rodzina oczekuje, że ktoś po powrocie „z miasta” będzie zachowywał się tak samo jak kiedyś.

Mentalności w zderzeniu: gospodarność, dług, praca fizyczna

Między starymi gospodarzami a napływowymi mieszkańcami często widać różne podejście do pieniędzy, pracy i długu. Dla rolnika kredyt to narzędzie pracy – bywa duży, ale zwykle dotyczy konkretnej inwestycji: ciągnika, obory, ziemi. Z kolei część „miastowych” ma dług głównie w postaci kredytu hipotecznego na dom, a resztę wydatków finansuje z bieżących dochodów. To wpływa na sposób myślenia: jedni proszą o pomoc w sąsiedztwie, inni płacą firmom za usługi.

Inaczej postrzega się też pracę fizyczną. W mieście często traktuje się ją jako coś „gorszego”, podczas gdy na wsi umiejętność zrobienia czegoś własnymi rękami jest atutem i źródłem szacunku. Kto potrafi naprawić drzwi od stodoły, wyciąć chore drzewo czy założyć ogrodzenie, ma przewagę nad kimś, kto musi do wszystkiego wzywać ekipę. Jednocześnie przyjezdni potrafią wnieść do lokalnej społeczności kompetencje cyfrowe, znajomość języków, doświadczenia z prowadzenia biznesu czy pracy w korporacjach.

Zbieżność mentalności widać też w stosunku do sąsiedzkiej pomocy. Dla wielu wiejskich rodzin norma to „daj znać, jak będziesz potrzebował ręki do roboty” – i ta pomoc jest bezinteresowna, ale podlega nieformalnej wymianie. Nowi mieszkańcy czasem czują się skrępowani, bo nie wiedzą, jak się odwdzięczyć. W praktyce wystarczą drobne gesty: pomoc przy przenoszeniu mebli, pożyczenie narzędzia, ciasto na dożynki. Z czasem takie wymiany stają się naturalne.

Sojusze i napięcia: kiedy „miastowi” stają się swoi

To, czy rodzina z miasta stanie się częścią lokalnej społeczności, zależy od kilku czynników: nastawienia samych przyjezdnych, wieku mieszkańców, historii wsi, a także konkretnych sytuacji. Jeśli nowi lokatorzy zaczynają od pisania donosów na sąsiadów (np. w sprawie koguta piejącego o świcie czy hałasu maszyn), szybko zyskują etykietę ludzi konfliktowych. Jeśli natomiast od początku pytają, co jest tu „normalne”, a co przesadą, i próbują się wpasować, integracja idzie zwykle sprawniej.

Kiedy swoje miejsce trzeba sobie „wychodzić”

Dla nowego mieszkańca wieś rzadko bywa od razu „swoja”. Zaufanie buduje się przez obecność i powtarzalne drobiazgi: dzień dobry na przystanku, pomoc przy odśnieżaniu, udział w zebraniu wiejskim, pojawienie się na festynie, a nie tylko obserwowanie z okna. W małych społecznościach liczy się to, co się robi, a nie to, co się deklaruje. Jeśli ktoś przez pół roku nie wychodzi z domu poza wyjazdami do pracy, trudno się dziwić, że pozostaje „tym z białego domu przy skrzyżowaniu”.

Proces oswajania bywa dwustronny. Rolnik uczy się, że nowy sąsiad naprawdę nie wie, czym jest „miedza” i dlaczego nie przechodzi się środkiem czyjegoś pola, a mieszkaniec z miasta – że kombajn o 23:00 w sierpniu to nie złośliwość, tylko konieczność, bo jutro zapowiadają deszcz. Gdy obie strony uznają, że racje drugiego nie muszą być głupie, tylko wynikają z innej sytuacji, napięcie wyraźnie maleje.

Mieszkańcy tradycyjnej indyjskiej wsi idą ulicą między wiejskimi domami
Źródło: Pexels | Autor: pierre matile

Dzień powszedni na wsi: rytm roku, rytm pogody, rytm pracy

Rok podzielony inaczej niż w kalendarzu

Na wsi rok dzieli się bardziej według prac niż według miesięcy. Zamiast „maj, czerwiec, lipiec” funkcjonuje: sianokosy, żniwa, wykopki, orka, siew. Rytm życia wyznaczają trzy podstawowe porządki: przyroda, praca i logistyka. Jeśli w maju przez dwa tygodnie pada, to nie jest „brzydka pogoda”, tylko konkretny problem z wjazdem w pole, przesuniętym siewem, ryzykiem chorób roślin. Jedno opóźnienie ciągnie następne, a konsekwencje widać w portfelu dopiero kilka miesięcy później.

Rolnicza rodzina wiosną funkcjonuje inaczej niż zimą. W okresach największej intensywności pracy planuje się wszystko pod pole: wizyty lekarskie, szkolne wycieczki, nawet rodzinne imprezy. Włodek z sąsiedniej wsi powtarza, że „komunia w żniwa to najgorszy termin”, bo rolnik fizycznie nie wyczaruje dodatkowego dnia, jeśli zboże akurat jest „w okienku” do koszenia. To nie jest kwestia dobrej woli, tylko realiów pogody i terminów skupu.

Pogoda jako szef wszystkich szefów

Na wsi prognozę pogody sprawdza się częściej niż w mieście. Od niej zależy nie tylko to, czy wziąć parasol, ale czy dziś da się:

  • wjechać na pole ciężkim sprzętem,
  • powiesić pranie na zewnątrz,
  • zaprojektować betonowanie fundamentów,
  • zrobić oprysk,
  • dojechać autem po nieutwardzonej drodze do głównej szosy.

W intensywnych okresach praca trwa do późna, bo „trzeba wykorzystać suchy dzień”. Dla kogoś pracującego zdalnie to oznacza czasem wideokonferencję przy akompaniamencie ciągnika lub nagłe zerwanie się od komputera, gdy sąsiad dzwoni, że właśnie ma wolną chwilę, żeby podjechać koparką czy przywieźć baloty słomy. Wieś uczy elastyczności i godzenia się z tym, że nie wszystko da się zaplanować w kalendarzu z wyprzedzeniem na trzy tygodnie.

Praca w gospodarstwie a praca „przy gospodarstwie”

Nawet jeśli ktoś nie jest rolnikiem, życie na wsi rzadko ogranicza się do siedzenia w domu. Dom jednorodzinny z ogrodem, drewutnią, szopą, studnią, oczyszczalnią i podjazdem wymaga regularnej obsługi. To nie jest tylko koszenie trawy co dwa tygodnie. Dochodzi:

  • przygotowanie opału (rąbanie, układanie, zabezpieczanie przed deszczem),
  • odśnieżanie wjazdu i dojścia zimą,
  • serwis szamba lub oczyszczalni (zamawianie wozu asenizacyjnego, kontrola filtrów),
  • naprawy ogrodzenia po wichurze lub po dzikach,
  • opieka nad zwierzętami – od kur po psy stróżujące.

Ten pakiet obowiązków zabiera czas, który w mieście zajmuje np. dojazd do siłowni czy zakupy „po drodze z pracy”. Jeśli ktoś zakłada, że po przeprowadzce na wieś będzie miał nadwyżkę wolnych godzin, szybko odkrywa, że te godziny zamieniają się w fizyczną pracę wokół domu.

Weekend: odpoczynek czy druga zmiana?

Wielu nowych mieszkańców po pierwszym roku na wsi przyznaje, że weekend wygląda inaczej, niż zakładali. Zamiast wycieczki do galerii handlowej jest czyszczenie rynien, malowanie płotu, wywóz gruzu z remontu czy przenoszenie drewna. To niekoniecznie coś złego – dla wielu osób taka praca jest satysfakcjonująca i rzeczywiście „czyści głowę”. Problem pojawia się wtedy, gdy ktoś wciąż mentalnie żyje miejskim schematem: „sobota do sklepu, niedziela na kanapę”.

Na wsi weekend bywa drugą zmianą – zwłaszcza jeśli w tygodniu pracuje się na etacie poza miejscowością. Dopiero sobota i niedziela zostają na to, czego nie da się zrobić po ciemku: przegląd dachu, wymiana okiennic, wybetonowanie schodów czy większe prace porządkowe. Gdy obie osoby w domu mają intensywną pracę zawodową, trzeba świadomie zaplanować, które obowiązki bierze kto, inaczej rośnie frustracja i poczucie, że „ciągle coś trzeba”.

Infrastruktura i logistyka: ile kosztuje dostęp do „normalności”

Dojazdy: czas, paliwo i nerwy

Największym niewidocznym kosztem życia na wsi jest dojazd. Jeśli praca, szkoła, lekarz i większe zakupy znajdują się w najbliższym mieście, to każde „załatwienie sprawy” oznacza realną wyprawę. Wyjazd do urzędu, który w mieście zabiera godzinę, na wsi potrafi zająć pół dnia: dojazd, korki przy wjeździe do miasta, parkowanie, stanie w kolejce, powrót. Gdy samochód nagle się psuje, okazuje się, że bez auta codzienność po prostu staje.

Dla rodziny z dziećmi logistyka jest jeszcze bardziej skomplikowana: dowóz do przedszkola, szkoły, na zajęcia dodatkowe, do lekarza. Wiele gmin ma autobusy szkolne, ale funkcjonują one według sztywnych tras i godzin. Jeśli dziecko ma zajęcia po lekcjach, często trzeba je po prostu odebrać autem. Decyzja o tym, czy dzieci będą miały „miejską” liczbę aktywności, szybko łączy się z pytaniem, kto będzie jeździł i ile to będzie kosztować.

Sklep, paczkomat, lekarz: „blisko” znaczy coś innego

Podstawowe pytanie przy zakupie działki lub domu na wsi brzmi: gdzie jest najbliższy sklep, przychodnia, apteka i paczkomat. Wieś w pasie podmiejskim często ma to wszystko w zasięgu kilku kilometrów, ale już dalej zdarzają się miejscowości, gdzie jedyny sklep bywa czynny do 17:00, a w niedzielę w ogóle. Wtedy brak chleba wieczorem nie rozwiąże się spontanicznym skokiem do Żabki za rogiem.

Telemedycyna i zakupy online sporo ułatwiły, lecz nie załatwiają wszystkiego. Paczkomat w gminie oddalonej o 15 kilometrów nadal oznacza konkretny kurs samochodem. Wizyta u specjalisty w mieście wojewódzkim to często cały dzień wyjęty z życia: dojazd, parkowanie, dojazd wewnątrz miasta. Przy małych dzieciach trzeba doliczyć organizację opieki lub zabranie ich ze sobą.

Internet i prąd: zależność od kabli i słupów

Osobny temat to łączność. Praca zdalna na wsi jest możliwa, ale pod warunkiem, że internet naprawdę działa stabilnie. Wciąż są miejsca, gdzie jedyną opcją jest mobilny transfer z nadajnika w sąsiedniej gminie. W normalnych warunkach wystarcza, ale przy śnieżycy czy wichurze potrafi paść razem z zasilaniem. Przy powtarzających się awariach trudno utrzymać poważną pracę opartą na wideokonferencjach czy przesyłaniu dużych plików.

Prąd bywa bardziej wrażliwy niż w mieście. Nagłe wyłączenia podczas burzy czy silnego wiatru są czymś normalnym w wielu wsiach, bo linie energetyczne biegną przez lasy i pola. Dla rolnika oznacza to problem z dojeniem czy karmieniem automatycznym, dla rodziny – brak wody z hydroforu, zimną pompę ciepła i lodówkę bez zasilania. Dlatego agregat prądotwórczy z luksusu staje się sprzętem z kategorii „dobrze mieć”.

Szkoła, przedszkole i zajęcia dodatkowe

Decyzja o wychowaniu dzieci na wsi wiąże się z innym modelem funkcjonowania niż w mieście. Mała szkoła wiejska ma zalety: dzieci często znają się od przedszkola, klasy są mniej liczne, nauczyciele znają rodziców. Z drugiej strony oferta zajęć dodatkowych bywa ograniczona. Jeśli dziecko chce trenować coś konkretnego – np. pływanie, tenis, bardziej specjalistyczne języki – zwykle wymaga to dojazdów do miasta.

Rodzice muszą pogodzić chęć „normalnego rozwoju dziecka” z realnym czasem i pieniędzmi na logistykę. Czasem wybierają model: mniej zorganizowanych zajęć, więcej swobodnej zabawy na podwórku, jazdy na rowerze, kontaktu z naturą. Dla części dzieci to strzał w dziesiątkę, dla innych – zwłaszcza nastolatków – bywa frustrujące, jeśli mają poczucie, że „dzieje się za daleko, a oni są uwięzieni”.

Zdrowie, starzenie się i pomoc na miejscu

Najwięcej różnic między miastem a wsią widać przy problemach zdrowotnych i opiece nad starszymi osobami. W mieście wezwanie taksówki czy transportu medycznego jest kwestią minut. Na wsi organizacja wizyty u lekarza specjalisty, rehabilitacji czy regularnego dowozu seniora na badania staje się osobnym projektem. Jeśli ktoś planuje przeprowadzkę w średnim wieku, dobrze, aby przemyślał, co będzie za 10–20 lat, gdy kondycja fizyczna nieco spadnie.

Wsparcie sąsiedzkie bywa ogromne – sąsiedzi przywożą leki, zabierają na badania, doglądają domu podczas hospitalizacji. Jednak nie zastąpi to sprawnego systemu opieki zdrowotnej. Realne warunki zależą mocno od gminy: jedne inwestują w transport medyczny, inne oszczędzają na wszystkim poza szkołą i drogami. Kto podejmuje decyzję o przeprowadzce, ignorując te różnice, później często boleśnie je odczuwa.

Kobiety z bawołami idą wiejską drogą między gospodarstwami
Źródło: Pexels | Autor: 光曦 刘

Praca i zarabianie: rolnictwo, etat, fucha i „kombinowanie”

Rolnictwo zawodowe: firma z ryzykiem pogodowym

Profesjonalne gospodarstwo rolne działa jak przedsiębiorstwo, ale z dodatkowymi zmiennymi. Rolnik planuje inwestycje, liczy koszty paliwa, nawozów, paszy, serwisu maszyn, spłatę kredytów. Jednocześnie nie ma wpływu na cenę skupu ani pogodę. To, co w biurze jest „ryzykiem rynkowym”, na wsi potrafi oznaczać dosłownie mniejsze plony i widmo strat. Latem wszystko wygląda dobrze, zimą, po rozliczeniu roku, okazuje się, czy rodzina „wyszła na swoje”.

Do tego dochodzi biurokracja: wnioski o dopłaty, sprawozdania, kontrole. Dla osoby z miasta często zaskoczeniem jest poziom formalności w rolnictwie. W praktyce rolnik musi być jednocześnie mechanikiem, księgowym, prawnikiem od umów i logistykiem, który sprzeda zboże w takim momencie, żeby nie stracić na gwałtownych zmianach cen.

Etat na wsi i dojazd do miasta

Wielu mieszkańców wsi nie utrzymuje się z rolnictwa. Pracują na etacie w pobliskim miasteczku, większej fabryce, magazynie, szkole, urzędzie. Dla nich wieś jest miejscem zamieszkania, a nie pracy. W takim modelu życie dzieli się na dwa światy: zawodowy i wiejski. Rano wyjazd, wieczorem powrót, a między nimi – stałe godziny pracy jak w mieście.

Dojazdy są jednak wpisane w koszty. Jeśli ktoś pracuje na zmiany, pojawia się problem z komunikacją publiczną: autobus gminny nie jeździ o piątej rano ani po 22:00. Wtedy własne auto przestaje być wygodą, a staje się warunkiem możliwości pracy. Gdy w rodzinie są dwie osoby pracujące w różnych kierunkach, czasem pojawia się drugie, tańsze auto tylko „do roboty”.

Praca zdalna: marzenie i pułapka

Model „pracuję dla miasta, mieszkam na wsi” rozwinął się wraz z upowszechnieniem pracy zdalnej. Na pierwszy rzut oka to idealne połączenie: zarobki z dużej firmy, niższe koszty życia, przestrzeń. W praktyce pojawiają się jednak konkretne wyzwania:

  • stabilność internetu – przy awariach trudno tłumaczyć szefowi, że „słup w polu się przewrócił”,
  • koncentracja – praca przy komputerze, gdy za oknem trwa żniwo, a sąsiad prosi o pomoc przy szybkim rozładunku, wymaga dyscypliny,
  • granice czasu – klienci lub przełożeni w mieście zakładają, że po pracy masz „wolne”, a na wsi po 17:00 nierzadko zaczyna się druga tura obowiązków.

Praca zdalna na wsi działa najlepiej tam, gdzie domownicy jasno podzielili obowiązki i czas: kiedy można liczyć na spokój, a kiedy wiadomo, że w razie awarii czegoś w gospodarstwie trzeba będzie oderwać się od ekranu. Bez takiego podziału szybko rośnie poczucie przeciążenia.

Fuchy, sezonówki i „złote rączki”

Wieś żyje dodatkowymi zajęciami. Nawet jeśli ktoś ma etat lub mniejsze gospodarstwo, dorabianie „po godzinach” jest czymś zupełnie normalnym. Jedni pomagają przy żniwach, inni koszą trawniki, przywożą drzewo z lasu, kładą kafelki, spawają bramy. Kto ma konkretną umiejętność – elektryk, hydraulik, stolarz, mechanik – szybko staje się rozchwytywany.

Sezonowo pojawiają się prace przy zbiorach owoców, warzyw, w szkółkach roślin. Dla młodzieży to często pierwszy zarobek, dla dorosłych – sposób na podreperowanie domowego budżetu. Różnica w stosunku do miasta polega na tym, że wiele takich umów zawiera się „na gębę”, bez formalnego zatrudnienia i z całkowicie płynnymi stawkami. Daje to elastyczność, ale też brak zabezpieczeń w razie wypadku czy konfliktu.

Jeśli interesują Cię konkrety i przykłady, rzuć okiem na: Podróż śladami drewnianych kościółków i kapliczek na wsiach.

„Złota rączka” na wsi funkcjonuje trochę jak lokalna instytucja. Wszyscy wiedzą, kto umie zespawać pękniętą bramę, kto dobrze ogarnia instalacje wodne, a kto przywiezie lawetą zepsuty ciągnik. Taka sieć wzajemnych usług bywa bardziej skuteczna niż oficjalne serwisy – szybciej, taniej, z możliwością odpracowania części kosztów pomocną dłonią przy remoncie czy sieczce kukurydzy.

Sprzedaż bezpośrednia, rękodzieło i małe usługi

Dodatkowe źródła dochodu szukają też ci, którzy nie chcą lub nie mogą pracować fizycznie. Popularne są małe biznesy oparte na sprzedaży bezpośredniej: jajka od kur z podwórka, warzywa z tunelu, miody, sery, soki. Część trafia do znajomych z miasta, część sprzedaje się na lokalnych grupach internetowych z odbiorem „pod bramą”. Formalności i podatki to temat drażliwy – część osób działa w pełni legalnie, inni balansują na granicy, licząc, że skala jest na tyle mała, że nikt się nie zainteresuje.

Do tego dochodzi rękodzieło i usługi: szycie, przeróbki krawieckie, wypieki na zamówienie, fotografowanie imprez rodzinnych, drobne korepetycje. Wieś podmiejska szczególnie mocno korzysta z takiego modelu: klienci z miasta płacą „miejską” stawkę, koszty wsi pozostają „wiejskie”. Jeśli ktoś ma pomysł, umie się zorganizować i minimum obsługuje media społecznościowe, może zbudować sobie całkiem stabilne, choć rozdrobnione źródło dochodu.

Łączenie kilku zajęć naraz

Typowe dla wsi jest łączenie kilku ról. Ktoś ma niewielkie gospodarstwo, pracuje na trzy czwarte etatu w mieście, a w weekendy dorabia jako operator koparki u sąsiada. Formalnie wygląda to na chaos, faktycznie jest raczej systemem bezpieczeństwa: jeśli jedno źródło przychodu siada, drugie pomaga przetrwać gorszy okres. Ceną jest jednak rozciągnięty tydzień pracy i chroniczne zmęczenie.

Dużo zależy od etapu życia. Młode małżeństwo potrafi ciągnąć równolegle etat, rozwój małej firmy usługowej i budowę domu własnymi siłami. Po kilkunastu latach tempo zazwyczaj spada, bo ciało i zdrowie stawiają granice. Kto planuje taką wielotorową aktywność, musi brać pod uwagę nie tylko „czy dam radę teraz”, ale też „czy ten model jest do utrzymania za pięć, dziesięć lat”.

Formalność kontra „kombinowanie”

Jednym z bardziej delikatnych wątków jest stosunek do przepisów. Tradycyjny model na wsi często zakłada: „najpierw zrób, potem się zobaczy, czy to w ogóle trzeba zgłaszać”. Dotyczy to drobnych budynków, przyłączy, sprzedaży płodów rolnych, a nawet zatrudniania ludzi do pomocy. Z perspektywy miasta może to wyglądać jak lekceważenie prawa, z perspektywy wsi – jak reakcja na przepisy, które są postrzegane jako oderwane od realiów.

Kto przyjeżdża z zewnątrz i przywiązuje dużą wagę do pełnej legalności wszystkiego, może przeżyć dysonans. W praktyce pojawiają się dwie ścieżki funkcjonowania obok siebie: oficjalna, z fakturami i pełną księgowością, oraz nieformalna, oparta na zaufaniu i wymianie przysług. Obie mają swoje plusy i minusy. Istotne, żeby świadomie wybierać, w co się wchodzi, i rozumieć konsekwencje, a nie kierować się tylko lokalnym „jakoś to będzie”.

Do kompletu polecam jeszcze: Wiejska młodzież dawniej i dziś – zmieniające się zwyczaje — znajdziesz tam dodatkowe wskazówki.

Relacje społeczne i sąsiedztwo: bliskość, kontrola, wsparcie

Anonimowość miejska kontra „wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą”

Na wsi przestrzeń prywatna funkcjonuje inaczej niż w blokowisku czy anonimowej dzielnicy. Sąsiedzi widzą, kiedy ktoś wraca późno, kiedy pod domem staje obce auto, kiedy nagle w tygodniu przyjeżdża dostawczak z materiałami. Dla jednych to uciążliwa kontrola, dla innych – naturalny system bezpieczeństwa: jeśli pojawi się podejrzany samochód, ktoś zapamięta numer rejestracyjny.

Jeśli zależy komuś na pełnej anonimowości i „niewidzialności”, wieś będzie go męczyć. Plotka krąży szybko, a tematy są często bardzo przyziemne: kto z kim się pokłócił, kto co buduje, kto dostał dopłaty. Z drugiej strony ta sama sieć nieformalnych informacji sprawia, że w razie nieszczęścia – pożaru, choroby, nagłej śmierci w rodzinie – pomoc pojawia się szybciej niż oficjalne służby.

Nowi i „stara wieś”: dwie kultury obok siebie

Kiedy do tradycyjnej wsi wprowadzają się mieszkańcy miast, powstaje naturalne napięcie. Różne są nawyki, różne oczekiwania wobec ciszy nocnej, zapachów, sposobów spędzania czasu. Dla starego gospodarza normalna jest praca przy maszynach o świcie lub po zmroku, dla nowego sąsiada – prawo do spokojnego snu przy uchylonym oknie. Podobnie z ogniskami, paleniem gałęzi, szczekaniem psów, hałaśliwymi żniwami.

Jeśli obie strony rozmawiają, ustalają zasady i próbują zrozumieć wzajemne potrzeby, wieś się powoli „uczy” nowej normy współistnienia. Gdy zamiast tego pojawia się tylko donos do gminy czy policji, konflikt szybko się zaostrza. W praktyce wiele zależy od kilku pierwszych miesięcy po wprowadzeniu: pierwszy remont, pierwsze większe prace w obejściu, pierwsza sąsiedzka przysługa albo zgrzyt potrafią ustawić relacje na lata.

Przynależność do lokalnej społeczności

Na wsi przynależność nie buduje się przez karty lojalnościowe ani bywanie w modnych miejscach, tylko przez ciąg małych, praktycznych gestów. Udział w sprzątaniu pobocza, pomoc przy festynie szkolnym, włączenie się w zebrania sołeckie, dorzucenie się do wspólnego ogrodzenia cmentarza – to detale, które lokalni zapamiętują. „Swój” to ten, na kogo można liczyć, a niekoniecznie ten, kto mieszka tu od pokoleń.

Nie wszyscy chcą się angażować i nie każdy ma na to czas. Jednak całkowite wycofanie się do własnego ogrodzonego świata często kończy się poczuciem izolacji, zwłaszcza zimą. Krótkie rozmowy przy sklepie, wymiana jajek za sadzonki pomidorów, wspólny wyjazd po opał – to nie są „atrakcje”, ale realne elementy codzienności, które decydują o tym, czy ktoś czuje się u siebie, czy tylko „mieszka w ładnym miejscu”.

Konflikty: granice, drogi, hałas

Typowe źródła sporów na wsi to sprawy, które w mieście reguluje administracja lub wspólnota mieszkaniowa. Tutaj sąsiad sąsiadowi jest stroną sporu: o przebieg granicy, korzystanie z drogi dojazdowej, odprowadzanie wody z pól, wycinkę drzew przy miedzy. Do tego dochodzą różnice oczekiwań wobec hałasu: jedni uważają imprezę do trzeciej w nocy za normalną, inni dzwonią po policję po 22:00.

Rozstrzyganie tych konfliktów bywa długie i wyczerpujące, bo oprócz przepisów dochodzą emocje i wzajemne pretensje z wielu lat. Kto kupuje działkę „na końcu wsi”, powinien liczyć się z tym, że w pakiecie dostaje również niewidzialną sieć dawnych sporów i sojuszy. Można próbować zostać neutralnym, ale w praktyce i tak przychodzi moment, kiedy trzeba się opowiedzieć po którejś stronie np. przy głosowaniu o utwardzeniu drogi.

Dwie kobiety suszą ziarno przed starym budynkiem w wiejskiej scenerii
Źródło: Pexels | Autor: Mehmet Turgut Kirkgoz

Dzieci i młodzież: dorastanie między polem a internetem

Dzieciństwo na podwórku i w realu

Dla małych dzieci wieś bywa rajem: przestrzeń, drzewa do wspinania, rowerowe trasy bez wielkiego ruchu, kontakt ze zwierzętami. Dzieci uczą się, że mleko nie „jest z kartonu”, widzą cykl życia roślin i zwierząt. Naturalne jest pomaganie przy prostych pracach: zbieraniu jajek, karmieniu królików, podlewaniu ogródka.

Rodzice żyją jednak w napięciu między bezpieczeństwem a swobodą. Z jednej strony droga gminna może nie mieć chodnika, z drugiej – wszyscy wiedzą, czyje dzieci się wałęsają po okolicy. W praktyce dużo zależy od układu zabudowy: zwarta wieś przy ruchliwej szosie to co innego niż luźno rozrzucone domy przy bocznej drodze, na której pojawia się kilka aut dziennie.

Nastolatki i „wszędzie daleko”

Im starsze dzieci, tym bardziej widoczna staje się wada odległości. Kino, większe baseny, kluby sportowe, spotkania z rówieśnikami z innych szkół – to wszystko wymaga dojazdu. W praktyce oznacza to, że nastolatek jest zależny od kalendarza i dobrej woli rodziców albo od rzadko kursujących autobusów. Jeśli grupa znajomych rozproszona jest po kilku wsiach i miasteczku, spontaniczne wyjścia „na miasto” zdarzają się rzadko.

Internet wchodzi w tę lukę bardzo mocno. Dla wielu młodych ludzi świat relacji przenosi się do sieci, a wieś jest tylko tłem, z którym część z nich się identyfikuje, a część – próbuje jak najszybciej z niego uciec. Zdarza się, że to właśnie dzieci z wiejskich szkół są bardziej obyte cyfrowo niż ich rówieśnicy z miasta, bo internet staje się głównym kanałem kontaktu ze światem zewnętrznym.

Obowiązki domowe i gospodarstwo a szkoła

Na wielu wsiach dzieci od małego uczestniczą w pracach domowych i gospodarskich. Dla części rodziców to ważny element wychowania – odpowiedzialność, współpraca, poczucie, że „wszyscy robią swoje”. Dla samych dzieci bywa to jednak źródłem stresu, zwłaszcza w okresie intensywnej nauki: odrabianie lekcji po karmieniu zwierząt i sprzątaniu podwórka wygląda inaczej niż po zajęciach w mieście, gdzie jedynym obowiązkiem jest wyniesienie śmieci.

Równowaga między nauką a pracą domową mocno zależy od nastawienia dorosłych. Jeśli dziecko jest traktowane przede wszystkim jako „tania para rąk”, szybko traci motywację do nauki i chce jak najszybciej wejść w dorosłość na lokalnych warunkach. Jeśli obowiązki są dopasowane do wieku i realnych możliwości, wiele młodych osób wychodzi z domu z poczuciem sprawczości i umiejętności, których miastowym brakuje.

Dom, ogród i zwierzęta: od sielanki do codziennej rutyny

Dom jednorodzinny jako niekończący się projekt

Dom na wsi rzadko jest „gotowy na zawsze”. Coś się psuje, coś trzeba poprawić, coś można by rozbudować. Dach wymaga kontroli, rynny czyszczenia, ogrodzenie malowania, kostka przy bramie po zimie zapada się w błocie. Nawet jeśli większość prac zlecana jest fachowcom, właściciel wciąż musi organizować terminy, pilnować dostaw materiałów, kontrolować jakość wykonania.

Jeśli do tego dochodzi ogrzewanie na paliwo stałe, dochodzi logistyka opału: zamówienie, składowanie, przenoszenie, pilnowanie pieca w sezonie grzewczym. Wersja komfortowa – pompa ciepła, fotowoltaika – wymaga z kolei większych inwestycji i lepszego planowania budżetu. Z zewnątrz widać tylko ładny dom w zieleni; wewnątrz jest to stałe zarządzanie małą infrastrukturą.

Ogród: terapia, praca, wydatek

Własny ogród bywa argumentem numer jeden przy przeprowadzce. Początkowy entuzjazm – grządki, drzewa owocowe, krzewy ozdobne – szybko zderza się z realiami: podlewanie w upały, walka z chwastami, choroby roślin, zimowe zabezpieczanie. Kto ma zacięcie ogrodnicze, odnajduje się w tym bez problemu i traktuje ogród jak żywy organizm, którym trzeba mądrze zarządzać. Kto liczył na „samozieleniący się” trawnik, czuje się przytłoczony.

Wyjściem jest upraszczanie: mniej wymagających roślin, więcej dzikich fragmentów, łąka kwietna zamiast angielskiego trawnika, który trzeba kosić co kilka dni. Takie podejście wymaga jednak pogodzenia się z tym, że ogród nie będzie wyglądał jak z katalogu, za to będzie wymagał tyle pracy, ile domownicy są w stanie realnie włożyć. W przeciwnym razie zielona sielanka w kilka sezonów zamienia się w niekontrolowaną dżunglę.

Zwierzęta domowe i gospodarskie

Pies na wsi często przestaje być „maskotką”, a staje się elementem systemu bezpieczeństwa. Pilnuje obejścia, alarmuje przed obcymi, bywa towarzyszem w polu. To nie zwalnia z obowiązków: szczepienia, odrobaczanie, zabezpieczenie przed kleszczami, zapewnienie sensownego ogrodzenia. „Niech sobie biega” przy ruchliwej drodze kończy się zwykle szybko i tragicznie.

Najczęściej zadawane pytania (FAQ)

Jak naprawdę wygląda codzienność na wsi w porównaniu z miastem?

Codzienność na wsi jest mniej przewidywalna logistycznie, ale bardziej przewidywalna rytmem natury. Zamiast korków i rozkładów jazdy pojawia się uzależnienie od pogody, stanu dróg gruntowych, pługów zimą czy godzin pracy sklepów w najbliższym miasteczku.

Typowy dzień to więcej spraw „własnoręcznych”: palenie w piecu, dbanie o posesję, koszenie trawy, drobne naprawy, ogarnianie dojazdów dzieci do szkoły. Zamiast „wyjścia po bułki za róg” planuje się większe zakupy raz czy dwa razy w tygodniu. Za to jest ciszej, ciemniej w nocy, a kontakt z sąsiadami bywa częstszy i mniej anonimowy niż w blokach.

Czy życie na wsi jest tańsze niż w mieście?

Niższy koszt zakupu lub budowy domu często kusi, ale bieżące wydatki nie zawsze są niższe. Pojawiają się inne pozycje w budżecie: paliwo do codziennych dojazdów, utrzymanie samochodu (często dwóch), ogrzewanie domu, sprzęt do ogrodu czy odśnieżania, czasem wyższe koszty internetu mobilnego.

Jeśli ktoś pracuje zdalnie i ma szkołę, lekarza oraz sklep w relatywnie bliskim zasięgu, bilans może wyjść na plus. Gdy każda sprawa wymaga jazdy kilkanaście kilometrów w jedną stronę, oszczędność na metrze kwadratowym potrafi stopnieć w kosztach logistyki i czasu.

Jakie są największe plusy i minusy codziennego życia na wsi?

Do najczęściej wymienianych plusów należą: spokój, większa przestrzeń, kontakt z naturą, mniejszy hałas i smog, możliwość posiadania ogrodu czy zwierząt. W wielu wsiach dochodzi też silniejsze poczucie wspólnoty i większa samodzielność w organizowaniu sobie życia.

Minusy to przede wszystkim logistyka: dojazdy do pracy i szkoły, gorsza komunikacja publiczna, często słabszy dostęp do kultury i usług (specjaliści, zajęcia dodatkowe, urzędy). Dochodzi mniejsza anonimowość – sąsiedzi zwykle wiedzą, kto przyjechał, o której i po co, co dla części osób jest zaletą, a dla innych obciążeniem.

Czym różni się wieś podmiejska od tzw. „głębokiej” wsi?

Wieś podmiejska, położona kilka kilometrów od dużego miasta, działa jak przedłużenie aglomeracji. Jest intensywny ruch samochodów rano i po południu, paczkomaty, często kilka sklepów, przedszkole, szybki internet. Większość mieszkańców pracuje w mieście, więc rytm dnia wyznaczają godziny dojazdów, a weekendy upływają na grillach i koszeniu trawy.

„Głęboka” wieś, dalej od głównych dróg, ma zwykle więcej ciszy i mniej aut, ale za to słabszy transport publiczny, mniejszy wybór usług, nieraz problemy z internetem. W praktyce oznacza to konieczność posiadania co najmniej jednego samochodu, a często dwóch. Społeczność bywa bardziej zżyta, lecz też bardziej konserwatywna w obyczajach.

Jakie są najczęstsze zaskoczenia dla osób przeprowadzających się z miasta na wieś?

Kluczowe zaskoczenia dotyczą zmysłów i odległości. Pojawia się intensywny zapach obornika w określonych porach roku, hałas maszyn rolniczych o świcie lub późno w nocy w czasie żniw, prawdziwa ciemność bez latarni oraz cisza, którą przerywają raczej psy, koguty i traktory niż tramwaje.

Drugim szokiem jest skala. „Blisko” do lekarza może oznaczać 10–15 kilometrów, a do najbliższego większego sklepu kilka kilometrów. Krótka wizyta u specjalisty w mieście urasta do pół dnia: dojazd, zakupy przy okazji, załatwianie urzędów. W zimie dochodzi jeszcze zależność od odśnieżania dróg – wyjazd rano nie zawsze jest oczywisty.

Kto dziś mieszka na polskiej wsi – tylko rolnicy czy raczej „miastowi” uciekinierzy?

Na współczesnej wsi spotykają się trzy główne grupy: wielopokoleniowi rolnicy, nowi mieszkańcy z miast oraz osoby „powracające” po latach pracy w mieście. W wielu miejscowościach wciąż dominują gospodarstwa, dla których ziemia i hodowla to podstawowe źródło utrzymania i sposób życia.

Równolegle rośnie liczba „nowych”: osób, które kupują działki lub stare siedliska i pracują w mieście albo zdalnie. Często mają zupełnie inny rytm dnia niż sąsiedni rolnik – zamiast dojenia krów mają wideokonferencje, ale oboje korzystają z tej samej drogi gruntowej i tego samego sklepu. Od tego, jak te światy nauczą się ze sobą współistnieć, zależy atmosfera wsi.

Czy życie na wsi oznacza gorszy dostęp do internetu i usług cyfrowych?

To mocno zależy od konkretnej miejscowości. W wielu wsiach, zwłaszcza podmiejskich i turystycznych, działają światłowody, szybkie łącza mobilne, paczkomaty, bankomaty, a kurier bez problemu dojeżdża pod dom. W innych – kilka kilometrów dalej – internet mobilny bywa niestabilny, a jedyną opcją są rozwiązania radiowe lub satelitarne.

Dlatego przed przeprowadzką rozsądnym krokiem jest sprawdzenie map zasięgu operatorów, zapytanie sąsiadów, jakiego łącza używają i czy działa ono przy złej pogodzie. Dla osób pracujących zdalnie to warunek krytyczny – bez stabilnego internetu „sielanka” potrafi szybko zamienić się w serię przerwanych spotkań online.

Bibliografia i źródła

  • Polska wieś 2022. Raport o stanie wsi. Fundacja na rzecz Rozwoju Polskiego Rolnictwa (2022) – Przemiany społeczne, infrastruktura, zróżnicowanie typów wsi
  • Wieś i rolnictwo w Polsce 2020. Raport. Instytut Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN (2020) – Struktura społeczna, rolnictwo, warunki życia na wsi
  • Rocznik Statystyczny Rolnictwa. Główny Urząd Statystyczny (2023) – Dane o gospodarstwach, produkcji rolnej, strukturze obszarowej
  • Polska wieś 2020. Raport o stanie wsi. Wydawnictwo Naukowe Scholar (2020) – Analizy jakości życia, usług publicznych i mobilności na wsi
  • Rozwój obszarów wiejskich w Polsce. Diagnoza i rekomendacje. Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi (2019) – Polityka wobec wsi, infrastruktura, usługi publiczne
  • Obszary wiejskie w Polsce – diagnoza społeczno‑gospodarcza. Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej (2021) – Typologia wsi, obszary peryferyjne, dojazdy do pracy
  • Wieś jako przestrzeń życia. Studium socjologiczne. Uniwersytet Mikołaja Kopernika (2018) – Relacje sąsiedzkie, tożsamość mieszkańców, konflikty lokalne